Nie, żeby od razu wojna, ale... no zdarza się.
Ponieważ mam trudności z wyciąganiem ręki na zgodę, postanowiłam zastosować zasadę konia trojańskiego,
w którego rolę tymczasowo wcielił się pieczony kurczak
w ziemniaczkach z rozmarynem.
Marito z marsową miną spożywa.
Staram się na niego nie patrzeć, żeby nie było,
że czekam na peany. Ale czekam, bo cholera dobrze gotuję!
Kątem oka widzę, że przestał spożywać i zaczął pożerać.
Nie podnosząc wzroku znad talerza, z pełnymi ustami mamrocze:
- Chyba podrę ten pozew.
- Jaki pozew?!
- O rozwód!























